Czy wegetarianie udają i dlatego jedzą kotlety? – czyli więcej o wegańskich parówkach, tatarze i sojowej wędlinie

Niedawno opublikowałem przepis na wegańskiego tatara. Muszę przyznać, że to boski pomysł na zrobienie czegoś smacznego z zupełnie niczego. Jednak jak zwykle przy publikacji przepisów, które naśladują potrawy mięsne, spotykam opór wśród czytelników. No bo po co wege udaje mięso?

IMG_5192

Tak się jednak składa, że nie wszyscy wegetarianie od urodzenia nie jedzą mięsa. Tak się składa, że nie wszyscy porzucili mięso ze względów etycznych. Niektórzy kochali smak mięsa, jednak względy zdrowotne, bądź nagły przewrót ideologii ich życia zmienił jego tor i zawartość talerza. Serio, można być wegetarianinem i nadal kochać smak mięsa. Tak samo jak można kochać cukierki, ale być na detoksie cukrowym i “oszukiwać” się stewią.

Kochasz piwo, ale pijesz to bezalkoholowe, bo masz problemy z wątrobą. Wybierasz chleb bezglutenowy, lub mleko bez laktozy, bo Twój organizm nie toleruje tych składników. Wybierasz wegańskiego burgera, bo nie chcesz przyczyniać się do zabijania zwierząt.
Albo po prostu lepiej smakuje, co często się zdarza ;)

Ja nigdy nie potrzebowałem mięsa do szczęścia. Jednak ważniejsze było wegańskie pieczenie ciast, robienie słodyczy i jedzenie czekolady. I tak właśnie do dziś mogę cieszyć się smakiem białej czekolady, dzięki coraz to większej dostępności jej wegańskiej wersji, jak również innych czekolad, które powszechnie zawierają w sobie mleko.

Wegański kotlet pod tytułem schabowy wcale nie jest kulinarnym oszustwem, jest pełnoprawnym i prawdziwym wegańskim daniem, które przypomina to mięsne. Wegańska biała czekolada wcale nie udaje tej niewegańskiej, po prostu nie zawiera w składzie mleka!

Z czego ten mięsożerny ferment powstaje? Może z tego, że roślinne wersje mięsnych dań są zwyczajnie lepsze? Zdrowsze, często smaczniejsze i przede wszystkim wolne od cierpienia zwierząt? Czy to dyskomfort, że coś roślinnego wygląda i smakuje jak mięsna wersja… ale ja muszę wcinać mięso, bo tak mnie nauczono i nie mogę się oderwać, bo będzie wstyd na osiedlu? Albo zwyczajnie mi się nie chce i łatwiej jest skrytykować?

Potrawy takie jak zapiekana pieczeń seitanowa z pieczarkami, lasagne z nerkowcowym beszamelem, bezmięsne zimne nóżki, czy skrzydełka z kalafiora to po pierwsze świetne żarcie, ale też urozmaicenie jadłospisu, które jednocześnie pomaga przypomnieć sobie smaki dawno niejedzonych potraw, czy też zwyczajnie nacieszyć oko i podniebienie, po prostu. Nieważne czy z powodów czysto etycznych, zdrowotnych, czy religijnych. Przy okazji nie ma to jak satysfakcja z tego, że nie je się wcale trawy, a dzięki dobrym pomysłom i kreatywności można wyczarować wszystko, tylko że z roślin, bez cierpienia.

Cieszmy się z większej powszechności wege produktów, ale też roślinnych przepisów, które pozwolą nacieszyć oczy i kubki smakowe oraz przywołać klasyczne, ponadczasowe smaki.

Smacznego!

Komentarze

  1. W zasadzie się dubluję, bo pod postem z tatarem napisałam to samo. Moim zdaniem jest tu błąd logiczny. Jeśli porzuca się mięso z powodów ideologicznych, to nie ze względu na smak, dlatego to zupełnie zrozumiałe, jeśli mamy ochotę na “bezmięsne” mięso. Jeśli ktoś mięsa po prostu nie lubi, lub uważa że jest niezdrowe, to wówczas bym się dziwiła gdyby jadł wege mięso,również dlatego że zwykle są to osoby, które unikają wszelkich “oszustw” i “nieczystości” w pokarmie i jedzą tylko to, co “leczy z raka” :D

  2. Klara Siemianowska

    Wiesz co, ja byc moze jestem fanka roslinnych zamiennikow miesa wlasnie dlatego, ze odstawilam je z powodow czysto etycznych. Wiekszosc potraw miesnych bardzo mi smakowala i czesc tych smakow chcialabym odtworzyc. Nie jem miesa, bo to jest zgodne z moja moralnoscia, ale nie widze zadnego powodu, dla ktorego nie mialabym jesc czegos o podobnym (albo i takim samym) smaku, dopoki nie smierdzi trupem – a nawet najwierniejsze odpowiedniki tak nie smierdza. Dlatego wydaje mi sie, ze “zastepniki” miesa istnieja przede wszystkim dla ludzi, ktorzy nie jedza go tylko z powodow etycznych. No i dla tych zdrowotnych tez, ale oni maja zwyczaj wybrzydzac nad chemia ;)

  3. Barnaba Zaboklicki

    Na wejściu uprzedzam, że nie jestem wege aczkolwiek lubię I sam tworzę co tylko mogę w wersji wegetariańskiej (ze względu na dziewczynę wegetariankę, którą jak najbardziej wspieram :-) ) nie chcę nikogo krytykować, ani tym bardziej potępiać/ubliżać… chodzi mi tylko o to – dlaczego wege dania nazywają się np. “Kotlet” lub “parówka”? To są czysto mięsne nazwy, a zgodnie z wege myśleniem powinny zostać porzucone, żeby się nie utożsamiać z jak to autor nazwał: “mięsożernym fermentem”. Szanuję was wegetarian/wegan za Wasz wybór, gdyż idea jest bardzo dobra, lecz z drugiej strony nie rozumiem tego przewrażliwienia na własnym punkcie… można dla żartu powiedzieć jak mi się zdażyło, że ktoś jest “trawożercą” I zostać automatycznie zaatakowanym I wręcz zwyzwanym od ignorantów, krwiożerców I Bóg wie co jeszcze… :P według mnie to “lekka” przesada. Tak samo jak, jeśli już się zdaży taka sytuacja, że przebywając wśród ludzi, w miejscu publicznym (I nie tylko), komuś z wegetarian “wpadnie” do ust kawałek mięsa, zamiast to po prostu kulturalnie wyciągnąć z ust przy pomocy palców, dana osoba wypluwa to obscenicznie omal nie wymiotując… jest to co najmniej w złym smaku zachować się w ten sposób, gdyż jak wspomniałem są bardziej kulturalne sposoby na usunięcie czegoś takiego z ust I ich przepłukanie… I kolejna sprawa – dlaczego się od razu wywyższać? Zakładanie od razu, że wszystko w Waszej ideologi jest lepsze jest po prostu dziecinne. “Jesteśmy lepsi bo: bla, bla, bla…” punkt widzenia zależy od punktu siedzenia jak to się mówi – pamiętajmy o tym… mam nadzieję tylko, że nie zostanę obiektem ataku, bo odważyłem się to napisać… :-) i, że nie wywołam kolejnej gównoburzy :-)

    • Eryk

      Nie wywyższam się, z tego powodu, że jem mięso. Szanuję zdanie każdej osoby i uważam, że każdy ma własne sumienie i własny wybór, co ląduje na jego talerzu. Zwyczajnie uważam jedzenie roślinne za lepsze, pod wieloma względami: ekonomicznymi, ekologicznymi, zdrowotnymi i etycznymi. Każdy ma prawdo do wyboru lepszej drogi dla siebie i uważanie, że ona jest dla niego lepsza, po prostu. Przedstawiam s w ó j punkt widzenia, z resztą co właśnie czynię na m o i m blogu, który do tego mi służy.

      Jeżeli chodzi o nazwy potraw – w klasycznej, mięsnej polskiej kuchni króluje całkiem sporo wegetariańskich dań, które nazywają się jak te mięsne. Kotlety ziemniaczane są tego najlepszym przykładem, a gołąbki nie nazywają się przecież „kapuścianymi zawijańcami ryżu i mięsa” ;) Te nazwy „czysto mięsne” często pomagają osobom, które przeszły na wegetarianizm z powodów zdrowotnych, ale nadal mają ochotę zjeść dobrą pizzę z pepperoni i zupełnie nie rozumiem, dlaczego są tak strasznie negowane przez niektórych wszystkożerców. O tym właśnie traktuje też poniekąd mój powyższy wpis i znajdują się w nim zdania pytające. Inny tekst o nazewnictwie bezmięsnych potraw jest tutaj: http://www.otwarteklatki.pl/czy-nazwa-ma-znaczenie/#.VbYm0e5ljBI – polecam.

      Nie mogę odpowiedzieć Ci w imieniu całego wegetariańskiego społeczeństwa, bo jak to w każdej większej grupie społecznej znajdą się różni przypałowcy o różnych poglądach, we wszystkożernej również. Ja osobiście akurat zgadzam się z Tobą w 100%. Czasem sam nazywam się trawożercą, wrzucam fotki liści, które mam na obiad i mam do tego pełen dystans. Tak samo nie panikuję, gdy przypadkowo w moim daniu znajdzie się kawałek obcego ciała, albo zjem coś co zawiera jakieś ilości produktów odzwierzęcych przez przypadek, lub niewiedzę osób, które mi to podają. Zdarza się i tyle, trzeba zachować zdrowy rozsądek i pewien dystans do otaczającego życia, czego niestety niektórzy nie mogą znieść i często psują właśnie swoim zachowaniem wizerunek grupy społecznej tworząc stereotypy i siejąc ferment, ale tym razem roślinny.

      PS. Bardzo się cieszę, że odważyłeś się napisać, bo póki co spotykałem się z samym pustym hejtem i trollowaniem nt. tego tematu.

    • są wegetarianie i weganie ortodoksi, którzy najlepiej mieszkaliby w lepiance i robili wszystko z fasoli. Ale zdrowy rozsądek pozwala mi np. na mieszkanie pod jednym dachem z narzeczonym mięsojadem, i żadne z nas nie ma z tym problemu. Co do nazewnictwa – wg wikipedii: “Kotlet – potrawa, najczęściej mięsna, smażona zazwyczaj na patelni przy użyciu niewielkiej ilości tłuszczu. Kotlety przygotowuje się z mięsa wieprzowego, wołowego, cielęcego i drobiowego, rzadziej z innych rodzajów mięsa, a także z grzybów, warzyw (zwłaszcza strączkowych), jajek”.
      Parówka ma już swoją definicję mięsną, tak samo mleko – dlatego mówimy już o napojach sojowych, a nie mleku. Ale parówka sojowa jeszcze nie doczekała się swojej wegańskiej nazwy. Nie wiem jednak, w czym to komu przeszkadza.
      Jest wiele osób, które lubią tradycyjną polską kuchnię, ale nie chcą spożywać mięsa z powodów etycznych – w czym problem, żeby zastąpić mięso roślinami? Zwierzętom jest wszystko jedno, z jakich powodów ich nie jemy i czym je zastępujemy.
      Mnie natomiast denerwują osoby, które na wiadomość, że nie jem mięsa (żeby nie było, nie afiszuję się z tym i informuję dopiero w ostateczności – kiedy ktoś próbuje mnie nakarmić udkiem albo kotletem) wyśmiewają, ironizują, śmieją się, ze to taka moda i pewnie mi przejdzie albo że tak na prawdę wpierdzielam szynkę po kryjomu jak nikt nie patrzy. :P
      Idioci są wszędzie, niezależnie od wyznania, płci, rasy czy preferencji kulinarnych.

  4. ja jestem bardzo pro wege i staram się od wielu lat całkowicie przejść na ten typ kuchni, wlaśnie z takich powodów jak piszesz – uwielbiam smak mięsa, ale nie chcę przyczyniać się do cierpienia zwierząt. żadna potrawa wege jaką jadłam (a jadłam ich mnóstwo w różnych miejscach, przygotowywane przez różne osoby) nie smakowała mi całkowicie i żadną z nich się nie najadłam tak, by nie czuć potem głodu wręcz wilczego. To ogromny problem, podobieństwo produktów wege do tych mięsnych w niczym nie oszukuje mojego mózgu;) Ani podniebienia;) To po prostu jest ble, fuj i nie nasyca, ale co zrobić. Miłość do zwierzaków większa więc cierpię:p

    • Zuzanna Sierotnik

      U mnie wilczy głód na mięso jest największy… W dzień po zjedzeniu mięsa. Kiedy nie jem go dwa dni, apetyt wraca do normy. Mam dla Ciebie wyzwanie – zrób sobie te wegeburgery http://www.jadlonomia.com/2012/03/najlepsze-wegeburgery-na-swiecie.html i daj znać, czy też się nie najadłaś :-) U mnie pomaga też włączanie jak największej ilości strączków do diety – np. w postaci fasolki po bretońsku. Oczywiście rośliny to nie to samo co mięso – ale organizm się przestawia, kubki smakowe się przyzwyczajają i człowiek zaczyna mieć ochotę na cudowne, armoatyczne, pyszne, pełne witamin i wszystkiego dobrego wegańskie dania. Serio :-)

Dodaj komentarz